Autor

menEveryday

Przeglądaj

Eleganckie kalosze

Pomimo że obuwie mogące nosić miano przodka znanych nam obecnie kaloszy, ówcześnie zarezerwowane było wyłącznie dla arystokracji, kalosze XXI wieku zdecydowanie nie są kojarzone z elegancją. Prosta, gumowa konstrukcja nastawiona jest przede wszystkim na względy praktyczne, spychając kwestię stylu na drugi, a może nawet trzeci plan. Jak w takim razie stylowo pokonywać kałuże w deszczowe dni? Odpowiedzią są eleganckie kalosze.

Historia kaloszy

W Europie pierwsze prace nad stworzeniem butów ochronnych (prototypu dzisiejszych kaloszy) zostały podjęte na początku XV wieku. Wtedy to pojawiła się moda na chaussures semellees
(z francuskiego obuwie z podeszwą/zelówką), które doskonale współgrały z patynkami. Był to rodzaj dodatkowych butów zakładanych na buty patynki. Mocowano je skórzanymi paskami z czarnej skóry przybitymi do sztywnej podeszwy. Zyskały na tyle dużą popularność, że zakładano je zarówno na uroczyste wyjścia, do eleganckich strojów, jak i na co dzień – do chodzenia po zabłoconych ulicach.

Prawdziwie rewolucyjny był jednak wiek XIX. Najpierw pierwszy Książę Wellington Artur Wellesey zlecił swojemu szewcowi Hoby’iemu stworzenie butów uniwersalnych, funkcjonalnych, o opływowym kształcie i niskim obcasie z cielęcej skóry, a już niecałe 50 lat później za sprawą Hiriam’a Hutchinson’a i Charles’a Goodyear’a oraz odkrycia sposobu wulkanizacji kauczuku zaczęto produkcję butów z gumy.
Pierwsze kalosze, w znanej nam do dzisiaj formie, powstały w 1853 roku we Francji, w firmie A l’Aigle, którą otworzył właśnie Hutchinson.

Dla kogo kalosze?

Pierwszymi w historii szczęśliwcami mogącymi cieszyć się z „obuwia ochronnego” byli przedstawiciele arystokracji, szlachty, ludzie wysoko urodzeni oraz o znaczącym statusie społecznym. Na przestrzeni wieków sytuacja ta uległa jednak ogromnym zmianom. W miarę rozwoju technologicznego, odkrywania coraz doskonalszych, trwalszych i bardziej funkcjonalnych materiałów, produkt ekskluzywny, niszowy stał się ogólnodostępny i tani. W pewnym momencie już każdy mógł sobie pozwolić na parę gumowych butów. Wystarczyło 300 lat, żeby kalosze z pałacowych komnat trafiły na pola.

Francja elegancja czy „faszyn from Raszyn”?

Od kilku sezonów zdecydowanie obserwuje się prawdziwy „kaloszowy renesans”. Kalosze noszą wszyscy i wszędzie. Znaleźć je można zarówno na błotnistych chodnikach jak i wybiegach największych projektantów. W ocenie wielu są odpowiednie zarówno na spacer, wypad za miasto, spotkanie z przyjaciółmi czy do pracy. W kanonach klasycznego stylu stanowi to jednak poważne uchybienie.

Kalosze zyskały na popularności szczególnie po II wojnie światowej, kiedy odzież, do tej pory typowo wojskowa, „wychodziła z okopów”. Ludzie chętnie nosili rzeczy praktyczne, wytrzymałe i uniwersalne – skoro sprawdziły się podczas walk, z pewnością doskonale spełnią swoją rolę również na ulicach. W ten sposób popularność zyskały militarne płaszcze (ang. british warm), trencz, budrysówka, bosmanka, legendarna kurtka M-65 czy właśnie kalosze.

Dzięki nieograniczonej ilości barwnych kombinacji, udoskonaleń, udziwnień i wszelkiego rodzaju modyfikacji każdy może znaleźć model w ulubionym kolorze, odzwierciedlający pozytywne lub negatywne nastawienie do świata, gwarantujący wyróżnianie się w tłumie oraz komfort i ochronę przed wilgocią. Nawet miłośnicy klasycznej elegancji…

Eleganckie kalosze

Z myślą o osobach, które w sezonie jesienno-zimowym nie chcą rezygnować z butów na skórzanej podeszwie stworzono tzw. niskie kalosze. Odwołując do historii, zdecydowanie jest to powrót do korzeni. Dlaczego? W XV wieku na patynki nakładano chaussures semellees, w XXI wieku na klasyczne obuwie nakłada się gumowe lub silikonowe nakładki. Cel od wieków pozostaje ten sam – chronić przed brudem, wodą, błotem i zniszczeniem. Dzięki takiemu rozwiązaniu nawet w czasie pory deszczowej można zadawać szyku skórzaną klasyką.

Kalosze znane są ludziom nie od dziś, ale na przestrzeni wieków poddawane były niezliczonym udoskonaleniom, by ostatecznie w pełni spełniać zarówno wymogi czysto praktyczne – chronić stopy i buty(!) oraz estetyczne stając się stałym elementem krajobrazu w deszczu.

Justyna Horbacz

Koszule i dodatki

Podstawowa garderoba biznesowa
Koszule i dodatki

Skoro mamy już garnitury i buty, czas uzupełnić strój o to, co zostało: koszulę, krawat i dodatki.

Zupełną podstawą są koszule białe i błękitne – dopasują się jak kameleon do każdego zestawu. Dlatego warto mieć ich po kilka sztuk i traktować jako punkt wyjścia do ewentualnych dalszych eksperymentów.

Trzymałbym się jednak tych kolorów, dołączając ewentualnie delikatny, rozbielony mocno róż, nawet jeśli decydujesz się na wzorzyste koszule. Dobrym pomysłem będą niebieskie paski i prążki, ewentualnie niskokontrastowa kratka księcia Walii na błękitnym tle albo jasnoniebieska kratka Vichy. Z czasem można dodawać nieco śmielsze kolory – te wzory (z wyjątkiem księcia Walii) zaprojektowane są tak, że pola kolorowe występują naprzemiennie z białymi, więc nie dominują i nie przytłaczają.

Najpowszechniejszą tkaniną koszulową jest popelina, ale ja nie przepadam za tym materiałem. Zwykle łatwo się gniecie, jest cienki, a przy tym ciasno tkany, więc słabo oddycha. Na chłodniejsze pół roku preferuję mięsisty twill – charakteryzuje się on fakturą w skośny pasek. Na lato – lekki i delikany wariant oxfordu, czyli royal oxford. Jest bardzo przewiewny ze względu na otwarty splot, a jednocześnie dość gładki i formalny, by pasować do garnituru.

Do biznesowych garniturów dobrze sprawią się koszule ze sztywniejszym kołnierzykiem o wyłogach rozstawionych średnio szeroko i szeroko. Mankiet na guzik to najbardziej dyskretne rozwiązanie, ale jeśli chcesz czegoś nieco bardziej eleganckiego, mankiet na spinkę bardzo lubi się z garniturem.

Unikałbym noszenia garnituru bez krawata. To bardzo powszechne – nieraz obserwuję grupki młodych mężczyzn w kiepsko dopasowanych granatowych garniturach, w schodzonych czarnych butach na nogach, i białych, rozpiętych pod szyją koszulach. To uniform ludzi, którzy muszą nosić garnitur, ale bardzo tego nie lubią – niekoniecznie wizerunek, do jakiego warto dążyć.

Co zaś tyczy się krawatów – klasyką jest jedwab. Ale wariacji na jego temat jest mnóstwo. Gładka, lśniąca satyna jest raczej nudna. Sam jestem wielkim fanem dwóch rodzajów jedwabnych krawatów: grenadyny i jedwabiu drukowanego. Ten pierwszy rodzaj to materiał tkany w bardzo specyficzny sposób, który nadaje mu ciekawej, trójwymariowej faktury. Nie jest przez to tak nudny i nijaki, ale jednocześnie pozostaje subtelny i nienarzucający się. Jedwab drukowany z kolei potrafi zachwycić drobnymi geometrycznymi wzorami i zestawieniami kolorów. Dzięki niemu można wprowadzić do stroju barwy, które gdziekolwiek indziej byłyby zbyt krzykliwe, ale tu stanowią jedynie jeden z elementów przemyślanej, estetycznej kompozycji.

W kieszonkę piersiową marynarki włożyć można – choć nie jest to konieczne – poszetkę. Biała lniana poszetka to bezdyskusyjna klasyka, i podobnie jak biała koszula, pasować będzie zawsze i wszędzie. Tu jednak także można pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa, bo widać zwykle będzie jedynie niewielki jej kawałek. Unikałbym obsesyjnego układania poszetki w wymyślne kształty i trzymał się albo tak zwanego TV folda (z kieszonki wystaje wtedy jedynie wąski prostokąt), albo nonszalancko wepchnął ją do kieszonki, zwracając uwagę jedynie, by nie wystawała nadmiernie.

Pozostałe dodatki w najbardziej konserwatywnym wydaniu, to zegarek, spinki do mankietów i ewentualnie obrączka. Zegarki to temat-rzeka, który ciężko poruszyć w zaledwie kilku słowach, rozpocznę i zakończę więc stwierdzeniem, że zegarki garniturowe nazywają się tak z pewnego konkretnego i nietrudnego do odgadnięcia powodu. Spinki do mankietów także najlepiej, by były subtelne; różne “zabawne” spinki często są garniturowym ekwiwalentem tiszertu z niewyszukanym dowcipem na piersi i sugerowałbym raczej pozostawienie ich w domu. Coraz większą popularność zyskują wpinki do butonierki, czy to w postaci filcowych kwiatków, czy też złotych lub srebrnych łańcuszków. Potrafią wyglądać estetycznie, ale mnie zawsze wydawało się, że krawat, poszetka i wpinka do butonierki to trochę za dużo na raz. Można spróbować wpiąć coś ładnego w klapę, ale zamiast tego zrezygnować z poszetki.

To wszystko są oczywiście rady bardzo podstawowe i, co za tym idzie, bardzo zachowawcze. Poczucie własnego stylu wyrabia się w człowieku z czasem i doświadczeniem; nie da się go zastąpić poradnikiem przeczytanym w internecie. Więcej, eleganckie ubieranie się to umiejętność jak każda inna i nie sposób w początkach swojej drogi ustrzec się od błędów. Po prostu trudniej je popełnić, będąc bardziej zachowawczym i podążając za klasycznymi, wytyczonymi kanonami. Nie pozwól jednak, by cię one ograniczały, jeśli czujesz się w temacie już dostatecznie swobodnie.

Każdy mężczyzna wygląda w garniturze lepiej, jeśli się w nim dobrze czuje.

Szymon Jeziorko

Szelki

Szelki spełniają tę samą rolę co pasek – mają podtrzymywać spodnie na odpowiedniej wysokości. Wiadomo jednak, że to właśnie szelki sprawdzają się w tej roli zdecydowanie lepiej. Wybranie paska wiąże się z ryzykiem, że spodnie, bez względu na wysokość stanu, i tak „zjadą” na biodra. Jeśli chcemy mieć nogawki zawsze na właściwej wysokości, warto rozważyć noszenie szelek.

Konstrukcja szelek

Szelki mają prostą konstrukcję – uchwyty na guziki, przeważnie dwa z przodu i jeden z tyłu oraz paski. Taka budowa sprawia, że spodnie nimi podwieszone opierają się na ramionach. Paski mogą być wykonane w całości z elastycznej gumy lub też z materiału nieelastycznego (np. jedwabiu, boxcloth). Najpopularniejsze są szelki w kształcie litery Y, czyli posiadające jeden pasek z tyłu, ale występują także w kształcie litery X. Występują dwa rodzaje zapięcia – na guziki lub na żabki. Pierwszy rodzaj uznaje się za zdecydowanie bardziej stylowy, ale również praktyczny – żabki mogą zostawić trwały ślad na spodniach tym samym je niszcząc.

Jak nosić szelki?

Według klasycznych zasad szelki nie powinny być eksponowane. Tak samo jak koszule, jeszcze przed wojną, postrzegane były jako bielizna. W obecnych czasach zasada ta nie ma już takiego znaczenia. Skoro nie szokuje nikogo z nas widok koszuli bez marynarki to dlaczego mają szokować szelki? Oczywiście podczas formalnych okazji powinniśmy mieć zasady na uwadze i nie paradować bez marynarki – w odkrytych szelkach. Co ważne! Nigdy nie nosimy szelek i paska jednocześnie. Albo jedno albo drugie.


Sposób na dobre jedzenie? Szef Kuchni ELIKSIR poleca!

Gdzie są Polskie Gwiazdki? Czy nie dziwi was, że tak dużo mówi się i czyta o tym jaką to mamy wspaniałą Polską kuchnie. Jak nasza gastronomia jest w stanie rozkwitu, wszystkie gwiady i gwazdeczki telewizji opisują z euforią na ustach swoje boskie doznanie z restauracji o których mówi się głośno w świecie gastonomi. Tak naprawdę każdy kto ma wspólny pierwiastek z gastronomią jest w stanie rozpoznać takie nazwiska jak Sowa, Deker, Oszczyk, Scheller, Okrasa,…. i co, a no nic. W 40 milionowym kraju mam dwie jednogwiazdkowe restauracje, czyżby Polska nie zasługiwała na owe, a może nasi mistrzowie nie są na tyle wspaniali. Może też nie chcą odznaczeń bo wiąże się to z odpowiedzialnością, odpowiedzialnością za pryzmat przez który będzie patrzeć na nas Europa oceniając Polską Gastronomię. A może przewodnik Gault&Millau jest lepszym rozwiązaniem bo dla niego w Polsce jest więcej niż dwa Miasta. (Warszawa i Kraków są jedynymi miastami ocenianymi przez przewodnik Michellin)

Wydaje mi się, że nie jest jednak tak kolorowo na palecie kuchni polskiej, bo cóż mamy do zaoferowania. Największą popularnością cieszą sie kuchnie włoskie, gdzie nasz klimat i dostępne składniki sprawiają, że przynoszą nam tylko mały procent doznań, które znamy z wypraw na południe, pizzerie i kebabownie z Mcdonald’sem na czele i innymi fast foodami, wpajające pojęcie „jedzenie” pod postacią, której na zachodzie obywatele już dawno zaczęli unikać i stały się symbolem młodzieży, lenistwa, bądź słabej sytuacji finansowej. A u nas… taniej jest zrobić burgera w domu niż zamówić big mac’a pod arkadami McDonald’sa, a mimo wszystko odwiedziny z rodziną w takiej samoobsługowej restauracji to prestiż, a powinien być wstyd. Tak więc to społeczeństwo ma i będzie miało duży wpływ na to czy pojawią się gwiazdy na niebie gastronomi w Polsce, bo to ich obecność w restauracjach spowoduje selekcję naturalną i cenową rynku gastronomicznego.

Restauracje nie są dużo droższe od fast foodów dużych korporacji, a ich ceny są w dużym stopniu zależne od ruchu w restauracji. Jeżeli nie ma wielu klientów restaurator nie może zejść poniżej ceny którą wskaże mu 30% food cost bo inaczej nie będzie miał pieniędzy by zrekompesować straty nie sprzedanego towaru, pokryć kosztów pracowniczych i podatków, a przez to właśnie klienci nie przychodzą do restauracji bo jest drożej i błędne koło się zamyka. A jednak mam takie uczucie, że gdzieś w Polsce jest restauracja, której właściciel nie zważa na koszty bo liczy się tylko jakość i prestiż. Była by to idealna okazja na odznaczenie, jeśli tylko nie zechce jej prowadzić sam, i mówić szefowi kuchni co ma podawać a managerowi jak obsługiwać. Chociaż i tych fachowców też nie pozostało w Polsce zbyt wielu i nie wielu wróciło z zachodnim doświadczeniem.

Coraz więcej Szefów kuchni stosuje najnowsze techniki kulinarne nieodbiegające od standardów światowych, zadziwiając swych gości tym co znajdują na talerzu. Kolory, smaki, składniki, tekstury…. to wszytko przestało stawiać jakiekolwiek ograniczenia Polskim Kucharzom, teraz pora na odzyskanie gości którzy przyjdą i z wielką chęcia powrócą zabierając znajomych, aby tym razem podzieli się dobrą nowiną „ Musicie spróbować bo słowa nie są w stanie tego opisać”. Zachęcam wszystkich czytelników, nie bójmy się próbować, chodzić do restauracji i nie zrażajmy się po pierwszej nieudanej wizycie, z pomocą przychodzą nam różne czasopisma i portale internetowe, które wskażą nam drogę którą mamy iść lub choćby jej początek. Myśle że razem możemy zdobyć kolejne gwiazdki Michellin w Polsce ale musimy zrobić to wspólnie.

Inwazja dresistów – ratuj się kto może!

Eleganckie dresy lub inaczej dresy miejskie to straszliwe zagrożenie dla klasycznego, męskiego stylu, które wlewa się w miejską rzeczywistość ze wszystkich stron, i każdego dnia coraz bardziej. Czytam na blogach modowych i słyszę od znajomych, że coraz więcej mężczyzn przykłada uwagę do ubioru, że świadomość wzrasta i że widuje się więcej dobrze, w klasycznym pojęciu, ubranych facetów. Tak jest – podzielam ten pogląd, tyle że przyrost elegantów liczymy w sztukach. Natomiast inwazja dresistów jest zjawiskiem masowym, liczonym w setkach, jakby ktoś ich wagonami dostarczał do polskich miast. Chodząc ostatnio po Warszawie, bywając w kilku lokalach oraz sklepach, obserwując ruch pieszy oraz pasażerów w środkach komunikacji miejskiej, stwierdzam, że zjawisko narasta, jak toczona po śniegu kula.
Idę o zakład, że nie wszystkim przypadnie do gustu ten wpis, ale blog jest z założenia subiektywny, traktuje o męskie modzie, o prawdziwej klasyce, więc poczuwam się w obowiązku wyrazić, co sądzę o dresach i podzielić się kilkoma głębszymi spostrzeżeniami.

Dla kogo są dresy?
Miejsce dresów jest na boisku oraz w sali gimnastycznej. Ponadto część ludzi używa dresów w domu, na działce, na budowie i ogólnie do prac porządkowych – przynajmniej do niedawna tak było. Ten kto w dresie wychodził do ludzi, otrzymywał etykietkę: gimbus, dres, faszyn from Raszyn, w najlepszym wypadku mówiono o nim, że jest wałkoń i ignorant.

Dresy w pracy, kinie, kawiarni, na randce…
Jak już wspomniałem na wstępie – jestem pod wrażeniem, jak dużo tego pojawiło się w stolicy dużego państwa, położonego w centrum Europy. Zastanawiam się w kółko, dlaczego tak jest i wciąż dochodzę do tych samych wniosków, które we wcześniejszych wpisach na blogu tylko sygnalizowałem.

Moje obserwacje oraz przemyślenia:

1. Niski poziom kultury.
Otacza nas tandeta w sztuce i kulturze, a do nich trzeba zaliczyć modę oraz całą twórczość multimedialną (TV, internet, radio, prasa kolorowa itp.). Wystarczy zajrzeć do pierwszej z brzegu galerii sztuki, żeby się o tym przekonać – po prostu normalny człowiek, polegający na swoim rozumie, nie jest w stanie rozszyfrować, co autor miał na myśli. Prace są odjechane i niebanalne.

2. Czy mężczyzna-twardziel przestaje być modny?
W mediach promuje się chudych chłopców w rurkach oraz wydekoltowanych koszulkach, z wymuskanymi fryzurami, czasem pomalowanymi paznokciami a nawet oczyma. Chodzą w szmatach od uznanych projektantów, są zapraszani na imprezy i do programów, żeby pokazać jacy są fajni, modni, otwarci i tolerancyjni. Niektórych, zwykle bardziej „utalentowanych”, trudno odróżnić od dziewczyn.

3. Jak Cię widzą, tak Cię piszą.
To należy rozumieć dosłownie. Po pierwsze – ubranie służy do rozróżnienia płci. Po drugie – widząc, jak człowiek jest ubrany, zaczynamy wyrabiać sobie o nim zdanie, np. jest brudny i nosi łachy – to pewnie pijak lub biedak; gdy nosi garnitur, krawat i skórzaną teczkę – to prawdopodobnie pracuje w biurze. Po jakości ubrań możemy się domyślić, czy są drogie (bogaty lub biedny), po dopasowaniu rozmiarów, tkanin i kolorów (zna się na modzie lub w ogóle nie przykłada wagi). Ubiór spełnia bardzo ważną kulturową rolę – koduje otoczenie, żebyśmy nie musieli za każdym razem dowiadywać się o ludziach wszystkiego od początku, ale już na pierwszy rzut oka mogli wyrobić sobie wstępne wyobrażenie. To nazywamy stereotypem.

4. Uśpiona dociekliwość i fałszywe poczucie niezależności.
Ludzie są zamknięci w sobie i przekonani o własnej wyjątkowości (zresztą nie bez podstaw, bo w kółko ktoś powtarza, że każdy jest wyjątkowy), traktują innych bez szacunku, co najwyżej jak niższych lub równych sobie, nie interesują się rzeczami ważnymi, lecz pierdołami serwowanymi z telewizora, są powierzchowni – nie dociekają sedna, nie stawiają pytań – nie są sceptyczni. Teraz kilka przykładów. To co mnie najbardziej uderza, to zanik dobrego wychowania, przejawiający się najczęściej w środkach komunikacji miejskiej. To że młodszy nie ustępuje starszemu, to norma, choć czasem widzę, że ktoś jednak ustępuje. Ale coraz więcej starszych osób, bo u młodszych to już utrwalony zwyczaj, w ogóle u nie używa zwrotów „przepraszam” albo „ proszę mnie przepuścić”, lecz przepychają się mniej lub bardziej zdecydowanie, zawsze ze spuszczoną głową, żeby nie patrzeć w twarz, bez wypowiadania jakichkolwiek słów. Zauważyłem, że wiele ludzi nie patrzy w w twarz, gdy podaje rękę na przywitanie! Młodzi poruszają się ze słuchawkami na uszach, nie zwracając uwagi na otocznie. Nie żeby było to zakazane, ale słabo to wygląda i jest to znak dla otoczenia „jestem zajęty, dajcie mi spokój, bo najlepiej się czuję sam ze sobą”. Część młodszego pokolenia myśli, że jak ubiorą glany, przefarbują włosy, owiną się damskim kominem, włączą alternatywną muzykę, to już są niezależni i odmienni niczym awangarda. Spora grupa, nie tylko wśród młodszej generacji, ale także faceci w wieku 30-50 lat, coraz częściej naśladują modę z płynącą z szeroko rozumianego show biznesu i zaczynają wyrażać „siebie” strasznie tandeciarskim stylem, np. przez łączenie dresów z marynarką lub dresów z traperami, do tego wkładają okulary w kolorowej, kontrastowej i grubej ramce. Oczywiście im droższe, tym modniejsze. Ja tego nikomu nie zabraniam, ale po prostu stwierdzam, że to tandeta i staram się doszukać przyczyny w upadku obyczajów, zaniku dobrego smaku oraz braku krytycyzmu.
Dawniej więcej ludzi potrafiło samodzielnie coś zrobić, np. kobiety nie potrzebowały poradników, jak gotować czy sprzątać w domu, a nasi ojcowie i dziadkowie sami potrafili wymienić akumulator w samochodzie lub wymienić dętkę w rowerze. Potrafili się także lepiej ubrać.

5. Nie łatwo być ekskluzywnym menelem.
Ekskluzywny menel brzmi tak samo niedorzecznie jak elegancki dres, ale żeby się stać modnym menelem, nie wystarczy ubrać się w byle łachy. Ekskluzywny menel ubiera głównie markowe ciuchy, które są trendy, tzn. prezentowane w TV, internecie i kolorowej prasie. Powinien się także wzorować na telewizyjnych idolach. Myślę, że wielu robi to podświadomie. Nie kupuję argumentu, że luźnie ciuchy i dresy ubiera się dla wygody. To mi zupełnie nie pasuje do pozostałych składowych nowoczesnego, niechlujnego stylu. Posiadacze miejskich dresów w brew pozorom przykładają dużo uwagi do swojego wyglądu. Zwykle mają bardzo zadbane włosy, a nierzadko także brody. Do dresów muszą wybrać markowe adidasy, choć niektórzy sięgają po trapery. Do tego jakiś fajny, rzucający się w oczy zegarek. Z dresem idealnie koresponduje wyciągnięty i wydekoltowany t-shirt, najlepiej taki postarzany – taki w stylu cherlawych gwiazd z TV. Z dresami bardzo dobrze komponuje się kurtka typu parka. Co delikatniejsi panowie owijają swe szyjki oraz buzie kominem, choć mocno wygolonych główek już nie ochraniają czapką przed chłodem. Bardziej „świadomi klasyki” sięgają po marynarki, najlepiej takie elastyczne, dresowe. Nowocześni dresiści poruszają się fajnymi samochodami, nowymi, w świetnym stylu (to zdanie piszę zupełnie szczerze i z uznaniem). To nie przypadek, to są gadżety przemyślane i starannie wybrane. Żeby stać się ekskluzywnym menelem, trzeba poświęcić czas, pieniądze i mieć jakiś pomysł na siebie – choćby cudzy, najlepiej inspirowany autorytetem z telewizora lub kolorowego magazynu.

6. Kobiety bardziej dbają o wygląd.
Wydaje mi się, że kobiety przywiązują większą uwagę do swojego wyglądu i starają się częściej podkreślać swoje zalety niż maskować. Na pewno masowo nie chodzą w dresach. Na pewno noszą lepiej dopasowane ubrania. Dlaczego więc faceci postępują odwrotnie, a kobiety to akceptują? Notorycznie widzę atrakcyjne i dobrze ubrane dziewczyny, przechadzające się za rękę z dresistami po centrum Warszawy. Dziwię się paniom, że idą na randkę i pokazują się na mieście z mężczyzną ubranym w dres.

7. Dresy na salonach.
Czy pamiętacie memy z takim podpisem? Jeszcze 5-10 lat temu śmialiśmy się z dresiarzy, a tu niespodzianka – dresy wchodzą na salony. Nie minęło pół pokolenia, a dresy stają się podstawowym, codziennym ubraniem mężczyzn: młodych i w średnim wieku, wykształconych, aspirujących i z dużych miast. Katastrofa!
Dodam jeszcze, że niektórym gumka w pasie słabo trzyma i krok opada. Efekt jest wiadomy – straszny obciach!

8. „Plastikowe autorytety” – celebryci, blogi, telewizja itp.
Uważam, że dużo złego uczyniły w tej kwestii popularne firmy odzieżowe, promując wizerunek delikatnego mężczyzny (nie mylić z zadbanym), ubranego w dres, za duże, powyciągane rzeczy i dokładając mu subtelnie elementy damskiej garderoby. Do tego jest cała masa blogów o modzie, nawet niektóre całkiem przyzwoite, promujących dresizm. Telewizja oraz kolorowe magazyny ze swoimi autorytetami modowymi utwierdzają niezorientowanych facetów, a także ich partnerki, że modny facet wygląda właśnie tak:

https://luigisaladini.fashion.blog/2017/01/16/katalog-eobuwie-menelsko-damska-moda-meska/

Poruszyłem ten temat, żeby zwrócić uwagę na zjawisko. Mam nadzieję, że moje przemyślenia, poparte „drastycznymi” zdjęciami z dresistów, odstraszą co poniektórych i się z czasem nawrócą, a inni nigdy nie zbłądzą na tę ścieżkę.
W mojej ocenie moda dresowa jest wynikiem braku samodzielnego myślenia, tzn. ludzie idą na łatwiznę i się nie zastanawiają, czy coś ma sens, czy dobrze w tym wyglądają, czy wypada coś założyć czy nie – po prostu bezkrytycznie chłoną informacje oraz trendy docierające z otoczenia. A co proponuje otoczenie? Niewielu jest ludzi eleganckich i na poziomie, którzy mogliby zostać autorytetem dla mas – ich się nie pokazuje. Promuje się takie mierne talenty od byle czego, jak panowie przedstawieni na ilustracjach, wmawia się ludziom ich sukces, pokazuje ich „modne” ubrania, fajne życie, uśmiechnięte twarze itd. Za przykładem podążają inni. Tylko, że to zły przykład. Proponuje na chwilę się zatrzymać, włączyć logiczne myślenie i trzeźwo zastanowić się, jak powinien wyglądać prawdziwy facet? Czy ma być chudziaczkiem w miękkim, bawełnianym dresie, w adidaskach, z odkrytą kostką (szczególnie zimą), odziany w parkę i utulony damskim kominem lub chustą? No waśnie, coś mi tu nie pasuje!

Dresista – przez przypadek napisałem na klawiaturze taki wyraz i mi się spodobał. Sprawdziłem, że oficjalnie nic nie znaczy, a brzmi dość ładnie, na pewno subtelniej od dresiarza, zatem postanowiłem go używać. Dresista brzmi prawie jak tenisista lub golfista, więc uznałem to za odpowiedni termin, by nazwać aspirujących, wykształconych z dużych miast, noszących eleganckie, miejskie dresy.

Skoro dobrnęliście do tego miejsca, to znaczy, że ten rozwlekły post Was nie zanudził. Mam nadzieję, że dał trochę do myślenia. Jestem ciekaw czy podzielacie moje zdanie? Obrońców dresistów także zapraszam do dyskusji. Zachęcam do wymiany zdań w komentarzach pod postem.

Trzymajcie właściwy fason,

Luigi

Włoska robota

W opinii większości mężczyzn dobry zegarek musi być efektem pracy szwajcarskich zegarmistrzów z jednej z manufaktur położonych we francuskojęzycznej Jurze (opinia kobiet na temat jaki zegarek jest najlepszy to zupełnie inna historia …).
To tak trochę jak z garniturami, podobno najlepszy garnitur to tylko taki, który wykonany został w pracowni krawieckiej na Savile Row.
Uszyty tam garnitur w stylu angielskim powinien wyglądać dokładnie tak jak nakazują tradycyjne (klasyczne) zasady, gdyż ubrany w niego mężczyzna wyraża przynależność do danej klasy społecznej, która dokładnie wie co jest najbardziej właściwe, nie tylko w kwestii ubioru ale także stylu życia. Najlepiej gdyby wyglądał jak garnitur ojca, wujka a najlepiej dziadka gdyż tradycja, jeżeli chodzi o krój i materiał, z którego jest uszyty i brak indywidualizmu to zasady nadrzędne.

Niejako w opozycji do stylu angielskiego pozostaje garnitur włoski, który przede wszystkim ma podkreślać wyjątkową osobowość właściciela, przekazującego wszystkim wokół jednoznaczny komunikat – jestem jedyny w swoim rodzaju.
Skoro Włosi potrafią szyć wyrafinowane i wyszukane garnitury podkreślające unikalną elegancję noszącego je indywidualisty to czy mogą też zaproponować, także cos niepowtarzalnego do noszenia na nadgarstku?
Oczywiście tak, na dowód czego przedstawię oryginalne pod względem designu czasomierze, które powstają w trzech manufakturach z siedzibą w słonecznej Italii.

Zacznę od zaprojektowanych przez Giuliano Mazzuoli modeli manometro, contagiri i trasmissione meccanica.
Od razu rzuca się w oczy, że są to bardzo oryginalne projekty, pomimo tego, że przy tworzeniu każdego z nich inspiracją dla autora były rzeczy już istniejące.
Manometro, pierwsze zegarmistrzowskie dzieło stylisty z Florencji, to zegarek wzorowany na manometrze (ciśnieniomierzu powietrza w oponach samochodów). Choć zegarek ma aż 45,2 mm średnicy (bez koronki) to wyskalowana tarcza, brak uszu i zintegrowany z kopertą pasek optycznie go zmniejsza, co powoduje, że wygląda dobrze nawet na szczupłym nadgarstku. Charakterystyczna jest koronka na godzinie 2, co jest rozwiązaniem rzadko spotykanym.

Twórczym impulsem dla Giuliano Mazzuoli do zaprojektowania contagiri były obrotomierze znajdujące się na desce rozdzielczej w samochodzie sportowym zaś transmissione meccanica odzwierciedla system przenoszenia napędu, stąd jego surowa – mechaniczna stylistyka.

(zdjęcia od góry: Contagiri oraz Transmissione Meccanica, http://www.giulianomazzuoli.it)

Obecnie na tarczach czasomierzy sygnowanych marką Giuliano Mazzuoli widzimy już napis swiss made, nie zmienia to jednak tego, że są to oryginalne dzieła włoskiego artysty.

Założycielem i zarazem projektantem wszystkich modeli zegarków marki U-BOAT jest Italo Fontana, dla którego źródłem inspiracji były projekty zegarka dla włoskiej marynarki wojennej, przy tworzeniu którego uczestniczył w 1942 r. jego dziadek Ilwo Montana. Charakterystyczna osłonięta koronka po lewej stronie to znak rozpoznawczy czasomierzy tworzonych w miejscowości Lucca w Toskanii. Średnica kopert większości modeli U-BOATów waha się między 45 a 50 mm (oczywiście bez koronki) ich wysokość to zazwyczaj 15 mm, duże tarcze i indeksy umożliwiają odczytanie godziny na pierwszy rzut oka. Napis Made in Italy wyjaśnia gdzie powstają.
U-BOAT Flightdeck

Zegarki marki Locman również wyróżniają się oryginalnym wyglądem. Klienci mogą wybierać wśród dużej liczby modeli i tylko od nich zależy czy bardziej zafascynuje ich inspirowany latami sześćdziesiątymi, filmem La Dolce Vita Felliniego z muzyką Nino Roty model 1960 czy też sportowy, posiadający ciekawą owalną kopertę oraz wyposażony w unikalny system szybkiej zmiany paska model Change Uomo. A może komuś przypadnie do gustu nader czytelny Locman Panorama?

Bez wątpliwości mężczyzna, który zamiast „nudnego” szwajcara miałby na ręku włoskie stylistyczne cudo zwróciłby nie tylko moją uwagę.
Dodam jeszcze, dla wszystkich którzy wprawdzie cenią i lubią włoski design lecz nie mają zaufania do włoskiej techniki, że zegarki marki Giuliano Mazzuoli i U-BOAT oraz mechaniczne Locmany napędzane są szwajcarskimi mechanizmami.

Joanna (EGO)

Garnitury

Podstawowa garderoba biznesowa
GARNITURY

Będzie to cykl o kompletowaniu podstawowej garderoby. Sporo czasu poświęciłem zastanawianiu się, jak wygląda taka kolekcja ciuchów u współczesnego faceta; jeden z pierwszych wniosków, jaki mi się nasunął, to że będzie ona różna w zależności od stylu życia. Innych ubrań potrzebuje ktoś pracujący w tych sektorach biznesu, gdzie profesjonalny wizerunek oparty o klasyczny garnitur nadal jest podstawą; innych freelancer z branży kreatywnej. Nie ma sensu więc próba wtłaczania wszystkich tych facetów w jedne ramy.

Zacznijmy więc od garniturowego dress code’u. Jak budować garderobę, jeśli garnitur jest podstawowym ubraniem w pracy? Należy, cóż, uzbroić się w garnitur.

Wierzę, że prawdziwa elegancja jest dyskretna. Nie zwraca na siebie nadmiernej uwagi. Zostanie doceniona przez ludzi, którzy się znają; idealnie jednak dla pozostałych okaże się przezroczysta. Garnitur ma nie przeszkadzać noszącemu go, nie wybijać się na pierwszy plan. Niezależnie więc, czy swoje garnitury kupujesz w outlecie albo końcowej wyprzedaży, czy szyjesz na miarę u uznanych krawców – lepiej, by były one zbyt zachowawcze, niż zbyt ekstrawaganckie. Oczywiście powyżej pewnego stopnia sartorialnego wtajemniczenia sam będziesz wiedział, co jest odpowiednie, a co nie. Jeśli jednak czytasz poradniki takie jak ten – na razie marzenia o dwurzędówce w wyraźną kratę zostaw na potem.

Jednego takiego klasycznego, dyskretnego garnituru potrzebuje tak naprawdę każdy dorosły mężczyzna. Niezależnie, czym się w życiu zajmuje – są sytuacje, kiedy w garnitur trzeba się wbić. Dla niektórych będzie to po prostu codzienne ubranie robocze, więc będzie on zdecydowanie częściej używany.

Radzę więc na pierwszy garnitur wybrać jednorzędówkę na dwa guziki. Kieszenie cięte, proste jednak a nie po skosie, z patkami lub bez (teoretycznie ta druga opcja jest bardziej formalna; jest też bardziej minimalistyczna i nie rzuca się w oczy). Otwarte klapy. Spodnie bez mankietów; na pasek albo szelki. Te drugie mogą uchodzić za ekstrawaganckie – pod warunkiem, że paradujesz bez marynarki. Są za to bardzo wygodne. Jeśli mowa o minimalizmie – fajnym rozwiązaniem są spodnie posiadające z boku regulatory do ściągnięcia ich nieco w pasie. Eliminują konieczność noszenia paska i szelek.
Ważne oprócz powyższych detali są proporcje i dopasowanie do sylwetki. Marynarka powinna być klasycznej długości, to znaczy dzielić sylwetkę od szyi do stóp na pół; guzik na który jest zapinana powinien wypadać w okolicy naturalnej talii, czyli najwęższego odcinka torsu; klapy nie powinny być zbyt wąskie i sięgać około połowy odległości do ramienia. Stan spodni powinien być raczej wyższy niż niższy – po pierwsze nadaje to sylwetce lepszych, bardziej naturalnych proporcji, po drugie nosi się zdecydowanie bardziej komfortowo.

 

Dopasowanie do sylwetki z kolei nie oznacza, że należy wybierać zawsze fason najbardziej slim, a ubranie ma trzeszczeć na szwach przy każdym ruchu. Wręcz przeciwnie – musi zapewniać dość swobody, by cię nie krępować. Jednocześnie nie masz w garniturze pływać. Im bardziej gładko leży ubranie, im mniej dziwnych załamań, niesymetryczności, fałd – tym lepiej. Spodnie powinny prezentować ładne, proste kanty i nie tworzyć nieestetycznej harmonijki na dole; powinny mieć też dość miejsca w kolanie, żeby nie napinać się niebezpiecznie za każdym razem, gdy siadasz.

Każdy garnitur kupiony w sklepie powinien zobaczyć doświadczony krawiec. Każdy z nas ma inną sylwetkę, ubrania sklepowe szyte są zaś na jedną standardową; nie ma szans, żeby pasowały każdemu. Wydanie od kilkudziesięciu do dwustu złotych na poprawki krawieckie zdecydowanie podniesie tak komfort noszenia takiego ubrania, jak i jego walory estetyczne.

Jeśli garnitur to twoje ubranie robocze, potrzebujesz na początek przynajmniej dwóch. Wełna – bo powinny być to garnitury uszyte z wełny, najlepiej na podszewce z wiskozy lub bembergu – potrzebuje odpocząć po dniu noszenia. Niech będzie to gładka, średniej gramatury (250-300g) wełna garniturowa. Nie wierz w magię numerków – wełna Super 160s czy 200s nie jest lepsza, niż Super 100s; przy tak zwanych “wołach roboczych” jest wręcz przeciwnie. Wyższy numer oznacza cieńsze włókno, więc delikatniejszą, przyjemniejszą w dotyku, ale i mniej wytrzymałą na przetarcie i bardziej gniotącą się tkaninę. Trzymaj się więc przedziału 100-120.

Większość poradników mówi o granacie jako najlepszym wyborze na pierwszy garnitur. Zgodzę się z tym, ale dodam, że szarość, zwłaszcza w ciemniejszych odcieniach, sprawdzi się równie dobrze. Skoro i tak sprawiasz sobie dwa garnitury, wybierz jeden taki i jeden taki.

Wełna szara

Wełna granatowa

Tego wszystkiego trzymałbym się także przy garniturze drugim, trzecim, piątym. Można z czasem bawić się takimi detalami jak szerokość klap; dodać biletówkę, czyli małą kieszonkę po prawej stronie marynarki; można zdecydować się na fason na dwa i pół guzika (czyli z trzecią, ozdobną dziurką na wywinięciu klapy), na klapy w szpic w stylu garniturów Toma Forda noszonych przez Harveya Spectera z serialu Suits. Możesz też nieco pobawić się tkaniną.

Granatowy garnitur

Nie szalałbym jednak – pamiętasz, co pisałem na początku? Garnitur nie ma rzucać się w oczy, nie może przytłaczać noszącego. Ma stanowić tło. Stąd jeśli myślisz o wprowadzeniu wzorów, powinno być to coś nieprzesadzonego. Świetna jest jodełka – ciekawsza od gładkiego splotu, a nadal dyskretna.

Jodełka

Sam nie jestem fanem prążków, ale przyznam, że istnieje całe mnóstwo tkanin w delikatny, mało kontrastujący prążek, który dodaje ubraniu nieco wizualnej różnorodności.

Prążek

Najtrudniejsza zdaje się być krata – to z zasady najmniej formalny wzór. Ale istnieje szereg rodzajów krat, które bardzo dobrze odnajdą się w biznesowym środowisku; kluczem jest wybranie wzoru o niskim kontraście, który z odległości trudny będzie do odróżnienia od tła na które jest naniesiony, a objawia się obserwatorowi dopiero z bliska.

Krata

Do noszenia garnituru trzeba się przyzwyczaić; można go nawet polubić. A im bardziej się z nim zaprzyjaźnisz, tym mniej będzie sprawiał wrażenie sztywnego munduru, a stanie się wiernym towarzyszem. To nie jest złe ubranie pod względem funkcjonalności: wełna i wiskoza mają niezłe właściwości termoregulacyjne niezależnie od tego, czy jest ciepło, czy zimno. Dobrze skrojone dopasowane spodnie i marynarka są całkiem wygodne i nie ograniczają zanadto zakresu ruchów. No i mają mnóstwo kieszeni – to rzecz nie do przecenienia. Pamiętaj tylko, żeby nie wypychać ich przesadnie.

Z czasem sam zauważysz, jakie rozwiązania sprawdzają się u ciebie lepiej, a jakie gorzej i kolejne twoje zakupy – wynikające czy to z nowego zainteresowania tymi ubraniami, czy z konieczności po zajeżdżeniu starych na śmierć – będą przyjemniejsze, bo i twoje decyzje zakupowe będą pewniejsze. Będziesz w tych ubraniach czuł się coraz bardziej swobodnie. A facet w dobrze dobranym garniturze, który do tego dobrze się w nim czuje zawsze wygląda świetnie.

Szymon Jeziorko

Biznesowe obuwie

Podstawowa garderoba biznesowa:
BUTY

 

Najlepiej skrojony garnitur będzie się prezentował smutno w towarzystwie złych butów. Należy więc zadbać o odpowiednie.

Do biznesowych garniturów pasują klasyczne buty na skórzanej podeszwie. Istnieje opinia, że do garnituru – mowa tu cały czas o tym domyślnym garniturze z gładkiej czesankowej wełny – pasują oxfordy, zwane wiedenkami, natomiast derby, lub inaczej angielki – nie. Nie zgadzam się z tą opinią.

Buty typu deby (angielki)

 

Dużo przydatniejszym rozróżnieniem będzie zwrócenie uwagi na to, że są buty smuklejsze i lżejsze, oraz cięższe i bardziej masywne – przynajmniej optycznie. Bynajmniej nie chodzi tu o rzeczywistą tęgość kopyta, czyli szerokość formy na której but został wykonany.

Zatem najodpowiedniejsze będą buty z cielęcej skóry licowej, mniej: ze skóry groszkowanej, zamszu lub nubuku. Cienka skórzana podeszwa sprawdzi się lepiej, niż gruba podwójna lub gumowa. W końcu: nawet tęższy but może mieć ładny, opływowy kształt dzięki nieco bardziej wyciągniętemu noskowi (oczywiście bez przesady) albo wciętej “talii”. Istnieją oxfordy zupełnie nieodpowiadające temu opisowi, jak i derby, które odnajdą się w nim wyśmienicie.

Niezależnie od tego, czy zdecydowaliśmy się na wiedenki czy angielki, warto przemyśleć kwestię dodatkowych zdobień. Najbardziej zachowawcze są na pewno buty ich pozbawione, ewentualnie posiadające nakładany nosek. Brogowanie, czyli ozdobne ażurowania, ujmują butowi formalności, nie rezygnowałbym z nich zupełnie. Ćwierć- i półbrogsy (posiadają kolejno jedynie ażurowanie wzdłuż krawędzi nakładanego noska, albo również wybity na nim ozdobny medalion) sprawdzą się w biurowych warunkach wcale nie gorzej. Pełne brogsy – z nakładanym noskiem w kształcie skrzydełek – mogą być nieco zbyt ciężkie za sprawą tych zdobień, ale nie muszą. Jeśli oprócz tego są smukłe i w dyskretnym kolorze, powinny spokojnie dać się nosić do pracy.

Interesującym fasonem – zwłaszcza dla zainteresowanych tematem – są lotniki, czyli buty wykonane w całości z jednego kawałka skóry, zszyte jednym szwem i pozbawione zdobień.

Drugą, oprócz fasonu, ważną rzeczą jest kolor. Najbardziej konserwatywne i bezpieczne jest obuwie czarne. Brąz jednak odnajdzie się w garderobie współczesnego człowieka biznesu nie gorzej. Ważne jedynie, by był to odpowiedni odcień brązu: średni i ciemny – od kasztanu po mocne espresso. Jasny brąz, określany po angielsku jako “tan”, z zachowawczym garniturem już nie zagra. Tworzy jasną plamę u dołu sylwetki, niepotrzebnie ściąga tam wzrok i uwagę, a tym samym osiąga efekt zupełnie odwrotny do tego, na którym nam zależy. Jest jeszcze jeden kolor warty uwagi: ciemny, głęboki, wpadający w brąz odcień czerwieni, nazywany obrazowo “oxblood”. Z jednej strony wyróżnia się nieco na tle czarnych i brązowych skór używanych zwykle na buty, z drugiej robi to subtelnie i ze smakiem.

Podobnie jak w przypadku garnituru, tak i przy butach dobrze jest mieć minimum dwie pary i nosić je na zmianę. Przechowywać warto je na prawidłach, które utrzymają skórę cholewki w napięciu, pomagając niwelować zmarszczki i odkształcenia. Moje doświadczenia wskazują – co nie będzie szczególnym zaskoczeniem – że pełne drewniane prawidła sprawdzają się lepiej w utrzymywaniu butów w ich oryginalnym kształcie, niż tanie prawidła składające się z kawałka plastiku na sprężynie.

Buty dobrze od czasu do czasu potraktować dobrej jakości kremem do skór i przetrzeć szczotką z naturalnego włosia – słowem, utrzymywać je w czystości. Jeśli ktoś lubi – a ja lubię – można bawić się w polerowanie ich na wysoki połysk. Nie jest to miejsce na udzielanie szczegółowej instrukcji, jak należy to uczynić – ale poradników w sieci jest dość.

Na koniec jeszcze kilka słów na temat innych fasonów, nieomówionych powyżej. A nie zostały omówione, bowiem w mojej opinii nie nadają się raczej jako buty do minimalnej biznesowej garderoby. I chociaż na przykład tassel loafers są powszechnie noszone w biurach prestiżowych amerykańskich firm, u nas są raczej ekstrawagancją. Pewną popularność zyskują monki, czyli buty zapinane na klamerki. Nie sposób odmówić im uroku, ale one także nieco bardziej zwracają na siebie uwagę i sugerowałbym odłożenie tego zakupu na potem, kiedy będą to przynajmniej trzecie buty w kolekcji.

Istotne jest jeszcze, by nauczyć się odróżniać te eleganckie i klasyczne fasony od rozmaitych koszmarnych wymysłów projektantów, które wciąż można znaleźć w sklepach obuwniczych. Kontrastowe przeszycia, zbędne ozdoby, dziwne kształty kopyt, kwadratowe noski – długo by wymieniać. W ramach trenowania wyczucia smaku, warto przeglądać na przykład instagramowe profile uznanych marek klasycznego obuwia albo znanych w świecie szewców zajmujących się tworzeniem obuwia na miarę.

Kiedy polubi się już eleganckie, klasyczne buty, ciężko przestać. I bardzo dobrze.

Szymon Jeziorko

Goniąc garniturowca …

Skąd ten tytuł – otóż w slangu zegarkomaniaków garniturowcem nazywany jest czasomierz, który należy założyć w sytuacji gdy mężczyzna ubiera garnitur.

Okazuje się bowiem, że jest to sprawa co najmniej tak istotna, jak dobór do garnituru odpowiednich butów.

Mężczyzna posiadający dobry gust nie założy przecież do garnituru ani angielek, ani sneakersów, czy nie daj boże trampek. Tak samo wykluczony z obecności na nadgarstku jest pilot, zegarek sportowy oraz diver – powyższe spostrzeżenie nie dotyczy oczywiście agenta jej Królewskiej Mości.

Można zauważyć pewne podobieństwa pomiędzy zasadami, którymi należy się kierować wybierając buty, do tych które podpowiadają nam jaki wybrać zegarek.

Zależy to od stopnia formalności – do czarnego garnituru tylko czarne wiedenki i moim zdaniem tylko tzw. watch (czyli nie chronograf).

Do tweedu lub flaneli w kratę świetnie komponować się będą monki lub oksfordy brogue, jak również przykładowo posiadający ozdobne elementy oraz totalizatory Longines Master Collection Chronograf.

Zdjęcia: Longines

Generalnie garniturowiec powinien cechować się spójną formą, regularnymi kształtami, brakiem ozdobników, maksymalna czytelnością i prostotą – są to wyróżniki klasycznej elegancji zegarkowej.

Uwaga na pułapkę wynikającą z obecnie panującej mody na większe koperty zegarków.

Prosty w formie garniturowiec nie może mieć zbyt wielu mm średnicy, do niedawna standardem było 35, według mnie maksymalna wielkość to 40 mm. Wynika to z tego, że zegarki z tej kategorii charakteryzują się cienkim, można powiedzieć, nawet niewidocznym bezelem. Powoduje to, że patrząc na garniturowca nie widzimy tzw. ringu a właściwie tylko tarczę, która przecież pozbawiona jest elementów ozdobnych, co optycznie powiększa zegarek. Poza tym zbyt duża i wysoka koperta nie zmieści się pod mankiet koszuli.

Jeżeli chodzi o wysokości zegarka to część manufaktur posiada w ofercie tzw. slim line, czyli modele o wyjątkowo cienkiej kopercie. Są one napędzane mechanizmami kwarcowymi lub specjalnie przystosowanymi np. poprzez wykorzystanie tzw. micro rotoru mechanizmami automatycznymi (najcieńsza koperta zegarka marki Piaget linii Altiplano ma zaledwie 5,25 mm grubości).

Garniturowca nie nosimy na bransolecie lecz na pasku, wykonanym ze skóry cielęcej, cordovanu lub skóry egzotycznej (aligator, krokodyl, jaszczurka). Polecam zakup zapięcia typu folding, gdyż bardzo wydłuża ono żywotność paska w porównaniu ze zwykłą sprzączką.

Według mnie bardzo ciekawe są garniturowce inspirowane stylem bauhaus. Pierwszy czasomierz tego rodzaju, nota bene kuchenny, opracował w latach 50-tych na zamówienie niemieckiej manufaktury Junghans szwajcarski projektant Max Bill. Ze względu na to, że bardzo się spodobał, opracowano zegarek naręczny, który dziś jest wzorem dla wielu naśladowców wśród firm produkujących zegarki.

Zdjęcie: Junghans

 

Joanna (EGO)

Moda motocyklowa

Moda motocyklowa

Większość czytelników zapewne wyobraża sobie blogera modowego, jako osobę pracującą w biurze albo sklepie odzieżowym, gdzieś w centrum dużego miasta, na co dzień chodzącego w garniturze i obracającego się w towarzystwie dobrze ubranych ludzi; ewentualnie jako modela mającego sporo czasu na kreowanie własnego wizerunku i zajmującego się aranżowaniem sesji na blog. Z całą pewnością ja tak sobie wyobrażałem, zanim sam zacząłem blogować. Otóż w moim przypadku jest inaczej. Dawniej powiedziałbym, że na co dzień nie mam nic wspólnego ze światem mody.
Zawodowo zajmuję się motocyklami, pracuję w sklepie motocyklowym, jeżdżę motocyklem sportowo-terenowym, a większość moich znajomych to motocykliści. Po dłuższym namyśle doszedłem do wniosku, że przez większość swojej zawodowej kariery jednak zajmowałem się, zupełnie nieświadomie, modą motocyklową. Dziś będzie nieco na ten temat.

Motocyklowy dress code
Jasna sprawa, że obowiązuje. Nawet osoby nieobeznane z motocyklami wiedzą, że motocykliści wyglądają inaczej. Samo założenie kasku wyróżnia nas z tłum. To jednak dopiero początek. Jeśli przypatrzymy się dokładniej, to dostrzeżemy, że motocykle różnią wyglądem oraz przeznaczeniem, a w ślad za tym także stroje ich użytkowników.

Z grubsza motocyklistów podzieliłbym następująco:

Zwykli użytkownicy
Ci traktują motocykl bardzo praktycznie i służą im jako zwykły środek lokomocji. Najczęściej są to posiadacze skuterów, którymi dojeżdżają do pracy lub załatwiają sprawy na mieście. Ich ubiór, po zdjęciu kasku i rękawic motocyklowych, zwykle niczym się nie wyróżnia od nie-motocyklistów.

Motocykliści miejscy
Ta grupa jest już na kolejnym etapie wtajemniczenia, dlatego przykładają więcej uwagi do stroju oraz motocykli. Posiadają motocykl lub maxi skuter (większy, masywny skuter), a ich strój jest zwykle kompletny, to znaczy, że oprócz kasku i rękawic, są wyposażeni w szereg ochraniaczy oraz odzież nieścieralną: tekstylną, skórzaną lub połączenie obu. Ich wygląd odbiega od przeciętnego uczestnika ruchu, ale mimo wszystko jest dość stonowany i raczej nie wzbudza sensacji.

Ściganci
Jak sama nazwa wskazuje, jeżą na ścigaczach. Ubrani są często w kombinezony lub odzież tekstylno-skórzaną o sportowym fasonie. Ich styl jest inspirowany wyścigami motocyklowymi. To co osobiście bardzo lubię w ich wyglądzie, oprócz pięknych i szybkich motocykli, to kolorowe kombinezony, które, oprócz świetnego wyglądu, zapewniają najwyższy stopień bezpieczeństwa. Ściganci bardzo często posiadają dobrej jakości kaski z kolorowymi grafikami.

Chopperowcy
Tak potocznie nazywam z kolegami użytkowników klasycznych motocykli, w szczególności z wysuniętym przednim widelcem, dużą ilością chromów, raczej masywnych i niemal zawsze czarnych. Ci prezentują bardzo odmienny styl, m.in. chodzą w skórzanych kurtkach oraz spodniach, ewentualnie jeansach, butach kowbojkach, często noszą chusty na szyjach i otwarte kaski. Dla nich ochraniacze są mało istotne, ponieważ psują wizerunek. Ich stroje zdominowane są przez czarny kolor, czasem przełamany granatowymi jeansami lub kurtką.

 

Weterani
To specyficzna grupa użytkowników klasycznych, prawdziwie starych motocykli. Jeżdżą zabytkowymi, odbudowanymi, często z dbałością o każdy szczegół, motocyklami cywilnymi lub wojskowymi. Podobnie wyglądają ich stroje, które starają się dopasować stylem do jednośladów. Tu bardziej liczy się styl niż bezpieczeństwo, więc ilość i jakość ochraniaczy, butów itp. jest minimalna.

Turyści
To bardzo charakterystyczna grupa, dynamicznie rosnąca, zwykle widać ich na trasie, gdy jadą w grupach po kilka osób, obładowani kuframi i torbami. Turyści zwykle są ubrani w czarne lub szare stroje, kompletne, bardzo dobrej jakości, składające się z przedłużonej kurtki, tekstylnych spodni, najczęściej z szelkami oraz wysokich, wygodnych butów. Ich odzież jest raczej nowoczesna, wyposażona w wiatro i wodoodporne membrany, dosyć uniwersalna i sprawdza się niemal w każdych warunkach. Kaski chętnie wybierają białe, ponieważ są lepiej widoczne na drodze oraz mniej się nagrzewają od słońca.

Enduro i Motocross

To mój „konik”, ponieważ sam się tym zajmuję hobbistycznie i zawodowo. Te motocykle są lekkie i bardzo zwinne, o małych pojemnościach, np. 250 ccm. Są kolorowe, dosyć głośne i przeznaczone do jazdy w terenie, często nie posiadają homologacji drogowej. Generalna zasada i tradycja modowa mówi, że im jaśniej i bardziej kolorowo, tym lepiej! Zauważyłem, że początkujący są nieśmiali, dlatego wybierają ciemniejsze i jednolite kolory. Moim zdaniem to błąd. Ale dość szybko orientują się, że jednak klasyka motocrossu jest inna i z czasem wymieniają zużyte elementy na nowe w jaśniejszych barwach. Uwaga! Klasyka obejmuje: białe, wysokie buty. Oczywiście obowiązuje komplet ochraniaczy. Na ubraniach jest wiele logotypów, numery startowe oraz nazwisko. Tu obowiązuje 100% strój sportowy rodem z toru motocrossowego lub rajdu enduro.

Mam nadzieję, że nieco rozjaśniłem temat mody motocyklowej. Zaznaczam jednak, że powyższa klasyfikacja jest bardzo uproszczona, nie obejmuje wszystkich grup i podgrup. Na początek, zwłaszcza tym mniej obeznanym z motocyklami, powinno to wystarczyć, a być może zainspiruje kogoś z Was do podjęcia pierwszych kroków jazdy motocyklem.

Na koniec chciałbym szczególnie podziękować szkole motocyklowej PARAmoto.pl za udostępnienie obszernego albumu zdjęć bardzo dobrej jakości, które zamierzam użyć także w przyszłości.

Autor: Luigi Saladini
www.luigisaladini.fashion.blog

Zdjęcia:
Sklepmotocyklowy24.pl
PARAmoto.pl
Hard Luck Racing Team
www.MotoX.com.pl